środa, 24 marca 2010

10 filmów, na które warto będzie wydać pieniądze

   Minęło już prawie sto dni roku 2010, ale ten nie zdołał mnie jeszcze zaskoczyć pod względem nowości filmowych, które miałem przyjemność oglądnąć. Nie powiem by było źle, ale myślę, że producenci dopiero pokażą na co ich stać w najbliższych miesiącach. 
   Oto dziesięć filmów, na które moim trzeba będzie zobaczyć w tym roku. Od razu uprzedzam: lista jest sporządzona przez człowieka lubującego się grach wideo, komiksach i klimatach science-fiction, a w dodatku lubiącego, gdy na wielkim ekranie prezentowane jest dużo akcji. Nazwijcie mnie filistynem i osobą "która się nie zna", ale do kina chodzę dla rozrywki (aczkolwiek tej inteligentnej) i opadu szczęki, który towarzyszy misternie skonstruowanym fabułom i nie ukrywam - efektom specjalnym bądź świetnie zrealizowanym scenom akcji. Jest to w pełni subiektywne zestawienie, a kolejność jest zupełnie przypadkowa. Film z numerem 10 wcale nie jest gorszy od tego oznaczonego cyfrą 1. To po prostu dziesięć tytułów, po obejrzeniu których powiesz "wow", a przynajmniej na to się zapowiada. Zaczynajmy!


1. Incepcja (Inception) reż. Christopher Nolan

   Nurkowanie w ludzkie sny nie jest czymś, o czym słyszymy na co dzień. Rozwiązanie zagadek kryminalnych jest być może bardziej pospolite, ale też nie jest "kromką chleba". Natomiast połączenie tych obydwu zajęć to coś, czego jeszcze w kinie nie widzieliśmy. Po pierwsze już sam koncept jest niezwykle intrygujący i to właściwie wystarczy byście mogli zobaczyć mnie we wakacje w kolejce po bilety w jednym z krakowskich kin. Do tego dodajmy reżysera, który na oryginalnych obrazach zna się jak mało kto, czyli pana Christophera Nolana - autora takich tytułów jak Bezsenność, Memento, Prestiż i... Mroczny Rycerz. Jeśli ktoś uważa, że ten ostatni obraz jest nie na miejscu niech sam pomyśli czy dałby radę zrobić inteligentny film o facecie przebierającym się za nietoperza i bijącym bandytów w imię sprawiedliwości. Myślę, że teraz się rozumiemy. Ponadto do Incepcji z pewnością przyciągnie obsada, z Leonardo DiCaprio wcielającym się w postać głównego bohatera na czele, muzyka autorstwa genialnego Hansa Zimmera i wizualia. Wszak w naszych snach może zdarzyć się wszystko, a trailer pokazuje, że także pod względem efektów specjalnych i nietuzinkowych pomysłów historia detektywa Cobba będzie filmem, który na długo pozostanie w naszej pamięci. Czekamy do: 14 lipca





2. Iron Man 2 reż. Jon Favreau

   "I'm Iron Man" - tymi słowami kończyła się pierwsza część przygód Tony'ego Starka będących jednocześnie jedną z najlepszych adaptacji komiksu w dziejach. W "jedynce" zagrało wszystko.Scenariusz nie był "bzdurą, co bzdurę bzdurą pogania", ale zręcznie splecioną opowieścią o multimilionerze-playboyu-genialnym wynalazcy, który bynajmniej wzorem do naśladowania... no nie był, ale z biegiem czasu stał się bohaterem w stalowej zbroi... własnej produkcji. Do tego dochodzi świetna gra aktorska w wykonaniu gwiazd Hollywood jakimi bez wątpienia są Robert Downey Jr, Gwyneth Paltrow i Jeff Bridges. Nad całością czuwał Jon Favreau, który ze swego zadania, czyli reżyserii oryginalnej opowieści o superbohaterze wywiązał się lepiej niż dobrze. Dlaczego tak dużo miejsca poświęcam części pierwszej? Gdyż wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że sequel, który poskładany jest z tych samych elementów powtórzy sukces poprzednika i ze spokojem możemy  oczekiwać godnej kontynuacji. Zwłaszcza, że tym razem motywem przewodnim będzie życie Tony'ego po tym jak przyznał się do tego, że to tak naprawdę on jest Iron Manem. Heros, którego osobowość zna całe społeczeństwo? To nawet na wielkim ekranie nie zdarza się zbyt często. Do tego wszystkiego dołóżcie tonę humoru najwyższych lotów i wiele efektów specjalnych, które w żadnym wypadku nie spowodują przerostu formy nad treścią, a przynajmniej mam taką nadzieję. Czekamy do: 30 kwietnia



3. Uczeń Czarnoksiężnika (The Sorcerer's Apprentice) reż. Jon Turteltaub

   Film, o którym z niewiadomych nikomu względów słyszy się nie wiele. Czyżby Disney sam nie wierzył w sukces kasowy opowieści o czarnoksiężniku Balthazarze i jego nastoletnim uczniu ratującym Nowy Jork przed antycznym złem? Mimo iż ten lakoniczny opis fabuły być może nie brzmi zbyt przekonująco to uważam, że w kinie czeka na nas nie lada gratka. Zarówno pod względem stylistki, gdyż na podstawie udostępnionych materiałów promocyjnych, w tym rewelacyjnego trailera, można śmiało założyć, że Uczeń Czarnoksiężnika nie będzie tytułem skierowanym do osób poniżej 13 roku życia, co już o czymś świadczy. Ponadto umiejscowienie w pewien sposób klasycznego już motywu mistrza i ucznia zarówno w dość nietypowym okresie czasowym jak i w obrębie specyficznej "profesji" każe zastanowić się czy aby na pewno scenarzyści poszli po najprostszej linii oporu. Osobiście wydaję mi się, że nie i już zacieram ręce na samą myśl o tym, kiedy w końcu będę mógł zobaczyć Nicolasa Cage'a w roli odrobinę sfiksowanego maga i Alfreda Molinę jako czarny charakter. Czy ta produkcja okaże się asem w rękawie potentata filmowego w okresie wakacyjnym? Coś każe mi przewidywać, że ten film może całkiem nieźle namieszać w tzw. "box office" i to bez używania magicznych sztuczek. Czekamy do: 30 lipca


4. Green Zone reż. Paul Greengrass

   Czwartego Bourne'a już się niestety nie doczekamy. Zarówno Paul Greengrass ani Matt Damon nie są już zainteresowani projektem, ale... już zapowiedziano reboot zrestartowanie całej serii z nowym reżyserem i nowym odtwórcą roli agenta cierpiącego na amnestię. Jednakże Ci dwaj wymienieni wcześniej panowie uraczą Nas jeszcze jednym wspólnym przedsięwzięciem - Green Zone, czyli obrazem pierwszych dni amerykańskiej inwazji na Irak, która miała miejsce w 2003 r. Autorzy obiecują, że będzie mocno, z przytupem i dość niepoprawnie politycznie. Historia Roya Millera (Damon) i jego zespołu, którzy poszukują na Bliskim Wschodzie broni biologicznej ma nie opierać się na wybuchach i dynamicznej wymianie ognia, choć pewnie tych elementów też nie zabraknie, ale na fabule firmowanej przez hasła "zatajanie prawdy", "wybory moralne" i "sprzeczne interesy". Może być bardzo ciekawie i przede wszystkim mądrze. Pan Greengrass potrafi robić inteligentne kino akcji, czego przykładem jest trylogia "Tożsamość...", "Krucjata..." i "Ultimatum...". Myślę, że i tym razem się nie zawiedziemy. Czekamy do: 4 czerwca



 5. Prince of Persia: Sands of Time (Książę Persji: Piaski Czasu) reż. Mike Newell

  To kolejna (i nie ostatnia!) produkcja na tej liście, którą szykuje dla nas Disney. Tym razem przenosimy się z czasów nam współczesnych do Persji sprzed ponad tysiąca lat i prosto w klimaty baśni tysiąca i jednej nocy. Kinomani, którzy są jednocześnie fanami elektronicznej rozrywki doskonale wiedzą, że Prince of Persia to kinowa adaptacja gry wideo o tym samym tytule. Z pierwowzoru zaczerpnięto orientalną stylistykę, ogólny zarys fabularny i zapierające dech w piersiach popisy kaskaderskie. Nie zabraknie oczywiście przystojnego księcia (w tej roli Jake Gyllenhaal) i pięknej księżniczki, która nie raz wpadnie w nie lada tarapaty. Producentami Piasków Czasu są ludzie odpowiedzialni za trylogię Piraci z Karaibów, więc myślę że wyśmienita zabawa w czasie trwania seansu jest już wliczona w cenę biletu, zwłaszcza że za film odpowiedzialni są prawdziwi fachowcy w dziedzinie wielkich, fantastycznych widowisk. Czekamy do: 21 maja



 6. Clash of the Titans (Starcie Tytanów) reż. Louis Leterrier

   W roku 1981 powstał film o tytule Clash of the Titans. Jego fabuła oparta była o grecką mitologię, a konkretnie o historię Perseusza, syna Zeusa. Świetne jak na owe czasy efekty specjalne, za którymi stał prawdziwy artysta w tej dziedzinie - Ray Harryhausen. Osobiście do tej pory pamiętam potwora Krakena, który został stworzony przy użyciu techniki animacji poklatkowej. Trzydzieści lat temu musiało to powodować opad szczęki. Pełen szacunek mimo, że dziś wywołuje to uśmieszek politowania na twarzy. Dlaczego wspominam o tym klasycznym filmie? Gdyż w tym roku ujrzymy jego luźny remake. Trzon pozostaje ten sam - pełna niebezpieczeństw i mitycznych stworów wyprawa Perseusza do swej ukochanej Andromedy w połączeniu z konfliktem z samymi bogami Olimpu. Nie spodziewam się zawiłej fabuły i szlochów na sali kinowej. Świetnych efektów specjalnych i konkretnego, dość krwawego widowiska? Jak najbardziej. Dla tych, którym do gustu przypadło 300 to pozycja wręcz obowiązkowa. Czekamy do: 9 kwietnia



7. The Expendables  reż. Sylvester Stallone

   Wszyscy kinomanii lubujący się w ambitnym kinie właśnie weszli na inną stronę. Natomiast ja nie będę ukrywał, że film, w którym występują wszystkie współczesne gwiazdy kina akcji jest czymś, czego wyczekuję równie bardzo jak pięciolatki najbliższych Świąt Bożego Narodzenia. Sylvester Stallone, Jet Li, Jason Statham, Dolph Lundgren (sic!), Mickey Rourke, Steve Austin i... Bruce Willis - Ci wszyscy bohaterowie chłopców większych i mniejszych w jednym filmie. Fabuła z całą pewnością będzie tylko usprawiedliwiała kolejne zgony, które ujrzymy na ekranie, ale mam to gdzieś. Mają być wybuchy, strzelaniny i cięte teksty. A tych po prostu nie może zabraknąć! Czekamy do: najprawdopodobniej końca sierpnia lub początku września

Konkretny trailer jeszcze nie jest dostępny


8. Toy Story 3 reż. Bradley Raymond, Lee Unkrich

   Kowboj Chudy, Buzz Astral i reszta naszych ulubionych zabawek powrócą do kin już w tym roku! I będzie to dla nich niezwykła przygoda, gdyż ci plastikowi bohaterowie trafią do... przedszkola. Andy właśnie wybiera się na studia i musi coś zrobić ze swoimi starymi zabawkami. W efekcie trafiają w ręce kilkulatków, którzy bynajmniej nie będą opiekować się nimi jak ich dotychczasowy właściciel. Dlatego też Chudy wraz z resztą organizują ucieczkę. "Nikt nie zostanie w tyle" - to hasło trzeciej części Toy Story. Mimo dziewiętnastu lat na karku wciąż niezdrowo ekscytuję się na samą myśl o tym, że znów zobaczę bohaterów, z którymi dorastałem. Teraz... sam idę na studia i zobaczę ten film z zupełnie innej perspektywy. Ale z pewnością będę śmiał się najgłośniej spośród ludzi zgromadzonych na sali kinowej. Seria Toy Story to jedna z niewielu, gdzie przed ekranem lub telewizorem świetnie bawią się zarówno dzieci jak i dorośli, a najnowsza odsłona z pewnością nie będzie wyjątkiem od tej reguły. PIXAR nie robi złych filmów. Czekamy do: 18 czerwca



9. TRON: Legacy (TRON: Dziedzictwo) reż. Joseph Kosinski

   Disney... znowu?! Dla tej wytwórni rok 2010 zapowiada się lepiej niż dobrze. Głośne premiery nowości i powroty starych bohaterów to idealne połączenie, które z pewnością sprawi, że obecni właściciele tej firmy na długo zapomną o takich terminach jak "kryzys gospodarczy" bądź "recesja". Natomiast nowy TRON to zarówno ukłon dla pokolenia, które zachwycało się pierwowzorem z roku 1982 jak i produkcja, którą bez problemu powinny zachwycić się osoby nie mające wcześniej styczności z oryginałem. Cybernetyczny świat, który rządzi się podobnymi prawami do normalnego, ludzkiego społeczeństwa nie jest już może tak pionierskim pomysłem na fabułę jak blisko trzydzieści lat temu, ale uwierzcie mi, że to nie żaden klon Matrixa, a coś znacznie bardziej szalonego i... wysublimowanego. Żeby wiedzieć o czym mówię koniecznie obejrzyjcie trailer, który zamieściłem poniżej. Nigdzie indziej nie spotkamy się z tak pomysłowym wzornictwem i klimatem. Fani oryginału (w tym ja) już piszczą z radości, a grudzień na nasze nieszczęście na nadejdzie zbyt prędko. Akcja Dziedzictwa dzieje się dwadzieścia pięć lat po wydarzeniach z "jedynki". Sean Flynn, syn głównego bohatera części pierwszej stara się odnaleźć swojego ojca, który przepadł w wirtualnej rzeczywistości. W efekcie długotrwałych poszukiwań sam trafia do tego niezwykłego świata, gdzie każda napotkana istota jest "żywym" programem ze swoimi lękami, pragnieniami i wiarą w lepszą przyszłość. Oczywiście nie zabraknie też akcji, w tym brutalnych wyścigów na cybernetycznych motocyklach, a miłośnicy gier wideo powinni być w szczególności usatysfakcjonowani, wszak właśnie do nich sequel TRONa jest głównie adresowany. Czekamy do: 31 grudnia



10. Repo Men reż. Miguel Sapochnik

   I na sam koniec moje ulubione science fiction. Aczkolwiek po chwili zastanowienia... być może nasz świat wcale nie jest taki daleki od wizji jaką serwują nam scenarzyści filmu Repo Men. Niedaleka przyszłość, nieunikniony postęp technologiczny rozwiązał wszelkie problemy ze zdrowiem za sprawą sztucznych organów, które stały się normalnym, aczkolwiek drogim produktem. Problemem, nawet w przyszłości ciągle okazują się pieniądze... Ten niecodzienny temat handlu ludzkim życiem to oś wokół, której kręci się akcja tego obrazu. Dodatkową rotację zawdzięczamy zmyślnej fabule. Poznajcie Remy'ego - komornika ludzkich narządów. Być może nie jest to praca jak każda inna, ale z pewnością zapewnia ona głównemu bohaterowi sporą dawkę adrenaliny każdego dnia. Problem zaczyna się wtedy, gdy to właśnie jemu zostaje wszczepione nowe, sztuczne serce, które uniemożliwia mu dalszą pracę w zawodzie. Bez zarobku i możliwości spłaty używanego narządu sam staje się celem komorników. Nie pozostaje mu nic innego jak ucieczka. Podobne motywy widzieliśmy już w kinie nie raz, aczkolwiek tło wydarzeń jest na tyle oryginalne, że nie uświadczymy w kinie uczucia deja vu. Myślę, że możemy spodziewać się naprawdę dobrego thrillera w stylu Ludzkich Dzieci nastawionego na coś więcej niż tylko i wyłącznie sceny walk, choć po obejrzeniu zwiastuna stwierdzam, że i tych nie zabraknie - Jude Law i sztuki walki? Tylko tutaj. Wielbiciele SF nie powinni być zawiedzeni. Czekamy do: najprawdopodobniej kwiecień



I udało Ci się dobrnąć do końca, droga Czytelniczko/drogi Czytelniku. Mam nadzieję, że udało mi się zachęcić do chociaż jednej wizyty w kinie. Czekam na Wasze komentarze i Wasze propozycje filmów, których w tym roku nie będzie można przegapić. Do następnego!

sobota, 20 marca 2010

O tym jak punkowcy demokrację do Polski przywiedli...

   Tym razem będzie nietypowo. Po pierwsze pod imadło biorę dość nietypowy dokument, który właśnie możecie zobaczyć na ekranach naszych kin: Beats of Freedom: Zew Wolności. Po drugie, i nie mniej ważne, tę recenzję dedykuję Kasi Krzyworzece z okazji jej urodzin. Jeszcze raz wszystkiego najlepszego! Niestety, koniec prywaty - czas zabrać się za "mięsko", czyli ostatnią produkcję studia ITI i telewizji TVN.
   Tytuł, w którym pojawia się słowo "beats" zwiastuje, że będzie on bardziej lub mniej związany z muzyką. Nie inaczej jest w tym wypadku, gdyż dzieło panów Leszka Gnoińskiego i Wojciecha Słoty podejmuje temat złotej ery sceny muzycznej w Polsce i jej wpływu na ówczesne wydarzenia jakimi były strajki, protesty i "le grande finale", czyli rozmowy przy okrągłym stole i przemiany ustrojowe.
   Czy autorzy filmu, wspomagani przez światowej sławy dziennikarza muzycznego Chrisa Salewicza, podołali jakże trudnemu zadaniu ukazania widzom, co tak naprawdę znaczyły słowa "Chcemy być sobą" te kilkadziesiąt już lat temu?
   I... tak i nie. Z jednej strony otrzymujemy konkretny, porządnie przygotowany dokument wzbogacony o wywiady z prawdziwymi gwiazdami z tamtych lat i setki materiałów archiwalnych, ale z drugiej jest tu aż za dużo polityki i tła historycznego. Osobiście uważam, że w tym aspekcie nie zachowano odpowiednich proporcji. Pozwolę sobie przytoczyć refren piosenki grupy Freezepop: "Less talk, more rock". I tak właśnie powinien wyglądać Zew Wolności. Nie mogę jednak zarzucić, że film jest przegadany bądź nudny - w żadnym wypadku! Po prostu dla kilkudziesięcioletniego polskiego widza, dla którego notabene jest skierowana ta produkcja nie będzie nowym, świeżym spojrzeniem na sprawy znane mu lepiej niż dobrze, a stwierdzenia pana Salewicza w większości będą równie odkrywcze jak to, że latem jest cieplej niż zimą. Dla młodzieży film ten, będzie czymś innym niż zwykłym, nudnym dokumentem, zwłaszcza jeśli obejrzą go z rodzicami u boku i posłuchają komentarzy przedstawicieli tego pokolenia, co samo w sobie będzie ciekawym doświadczeniem Natomiast dla obcokrajowców Beats of Freedom mogą być nie lada gratką i okazją do zapoznania się z naszymi rodzimymi artystami, który ze swoją muzyką nie zdołali przebić się przez żelazną kurtynę.
  A skoro jestem już przy muzykach to warto powiedzieć o nich więcej niż kilka słów, gdyż to tak naprawdę oni i ich występy są tutaj najsmaczniejszym kąskiem. Połączenie niedawno przeprowadzonych wywiadów wraz z fragmentami koncertów (często jakości VHS) zdaje egzamin. Niezmiernie cieszy fakt, że artyści ich udzielający, a w tym zaszczytnym gronie znajdziemy m.in. Korę Jackowską, Zbigniewa Hołdysa, Muńka Staszczyka i Kazika, mówią ostro i dosadnie o tym jak dawniej wyglądała kwestia swobody twórczej, koncertowania i zdobywania środków na nagrania. Wypowiedzi gwiazd to zdecydowanie jedna z najmocniejszych stron tego dokumentu. Tylko tutaj mamy okazję usłyszeć skąd wokalistka Maanam tak naprawdę czerpała inwencję twórczą do pisania tekstów i dowiedzieć się czy bycie znanym było pomocne w codziennych sytuacjach, takich jak stanie w kolejce po mięso.
   Zew Wolności na nasze szczęście nie tylko samymi wywiadami stoi. Solidne przygotowanie autorów widać w każdej minucie filmu. Materiał źródłowy, którym są zarówno nagrania z występów jak i... materiały służb bezpieczeństwa dotyczące "Metalowców" i "Punkowców" to coś, czym nie można pogardzić. Kolejne, mocne punkty programu.
   Przed chwilą narzekałem, że w dokumencie o muzyce jest za mało muzyki. Nie zamierzam zmieniać zdania, ale nie odmówię gromkich braw za to, co usłyszymy w trakcie trwania seansu. Fani rocka będą wniebowzięci, a reszta... także. Przecież szlagierów z tamtych lat nie da się nie lubić! Nie będę wymieniał tu wszystkich kawałków, ale to, że z głośników na sali kinowej popłyną utwory Perfectu, Kultu, TSA, Brygady Kryzys, Dezertera, wspomnianego już Maanamu i jeszcze kilku innych niezapomnianych formacji nie jest żadną tajemnicą. Aż chce się więcej i chyba to jest głównym powodem mojego niedosytu.
   Zbliżając się już powoli do końca nie pozostaje mi nic innego niż dać jednoznaczną odpowiedź czy warto kilkanaście złotych poświęcić właśnie na zakup biletu do kina na Beats of Freedom. Moim skromnym zdaniem, jak najbardziej tak.Nie zawiedziecie się. I pamiętajcie, że to także hołd dla tych, którzy łamali bariery i sprawiali, że szara egzystencja za czasów "komuny" zyskiwała kolorów.

piątek, 5 marca 2010

Brytyjski fenomen

    W ciągu kilku ostatnich lat pojawiło się kilka nowych zajęć, które po prostu musi wykonywać każdy z Nas, gdyż zostanie to uznane za coś co jest passe i bynajmniej nie jezzy. Mam tu na myśli szeroko rozumiany clubbing i bywanie w modnych miejscach, co powiedzmy sobie wcześniej nie było praktykowane na tak dużą skalę jak dziś, blogowanie i pilnowanie swojego wirtualnego poletka kontaktów społecznych, czyli posiadanie konta, na którymś z portali społecznościowych oraz... oglądanie seriali.
   Jak już zapewne się domyślasz zamierzam skupić się na tym ostatnim zjawisku. Spośród wyżej wymienionych jest mi ono najbliższe, a nie ukrywam, że chcę podejść do tego zagadnienia od trochę innej strony. O Doktorze Housie, Zagubionych czy Californication napisano już stanowczo za dużo. A czy słyszałaś/słyszałeś kiedyś o Life on Mars i Doctorze Who ? No właśnie. To nic innego jak "wyspiarskie" serialowe perełki, których polski niestety nie miał okazji poznać.
   O tym, że Brytyjczycy mają specyficzne poczucie humoru i estetyki wiedzą już co mądrzejsze przedszkolaki, jednakże nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że zupełnie nie przeszkadza to w odbiorze angielskich filmów i produkcji telewizyjnych. Rewelacyjnych produkcji telewizyjnych, dodajmy.

"Is there life on mars?"

   Zapewne wielu naukowców codziennie zadaje sobie to pytanie, aczkolwiek serial pod tytułem Life on Mars na całe szczęście traktuje o czymś innym niż perypetiach jajogłowych. I bynajmniej nie ma on nic wspólnego z eksploracją kosmosu i science fiction. Życie na Marsie to niezwykła historia Sama Tylera (John Simm), policjanta z Manchesteru, który w wyniku wypadku samochodowego jakimś cudem cofnął się o blisko czterdzieści lat wstecz do roku 1973. Czy oszalał? Zapadł w śpiączkę? A może przeniósł się w czasie? Odpowiedzi na te pytania będziecie szukać wraz z Samem, który w nowej/starej rzeczywistości czuje się dosłownie jak na innej planecie. Czarno biała telewizja, brak komórek i internetu, a przede wszystkim kilkanaście kryminalnych zagadek do rozwiązania i samotność, z którą musi zmierzyć się Inspektor Tyler. Life on Mars to doskonałe połączenie dramatu i kryminału, a umiejscowienie akcji w latach siedemdziesiątych to kolejny mocny atut tego serialu. Zobaczyć jak naprawdę działała brytyjska policja w epoce disco? Bezcenne i naprawdę szokujące. To nie CSI: Miami i wykrywanie zbrodni w skali mikro. Pięść, przekleństwo i zastraszenie są metodami ekipy Gene'a Hunta, szefa tamtejszej policji. Pod względem fabuły i klimatu, który okazuję się być naprawdę ciężki, to zdecydowanie pierwsza liga. Nie wspominając o palecie niezwykle barwnych i zapadających w pamięć postaci, między innymi wspomnianego już pana Hunta (świetny Philip Glenister!). Iluzja minionych lat, którą zaserwowali nam scenarzyści do spółki ze scenografami to kolejny powód, dla którego warto sięgnąć po Life on Mars. Na ekranie faktycznie ożywają lata siedemdziesiąte: bohaterowie słuchają Davida Bowiego i królów glam rocka, czyli kapeli Sweet, ulice nie są jeszcze przepełnione neonami i wszechobecnymi reklamami, a nikomu nie przychodzi na myśl, że Margaret Thatcher dojdzie do władzy. Zdecydowanie polecam, zwłaszcza tym którzy nie przepadają za tasiemcami ciągnącymi się w nieskończoność. Spokojnie, historia Sama to szesnaście godzinnych odcinków, a po ich obejrzeniu błagamy o więcej. A to chyba najlepsza rekomendacja.
   Grzechem byłoby nie wspomnieć o spin-offie tej produkcji jaką jest serial Ashes to Ashes. Całość opiera się na podobnym schemacie, jednak tym razem za sprawą strzału... w głowę przeniesiemy się do lat osiemdziesiątych, w których przetrwać spróbuje komisarz Alex Drake. Śmiem twierdzić, że Powstać z popiołów (wedle polskich tłumaczy) jest jeszcze lepsze niż pierwowzór, a słowa "gorąco polecam" to zdecydowanie za mało.

    "A teraz coś z zupełnie innej beczki..."

 ...jak to zwykli mawiać nieśmiertelni Pythoni, czyli moje ukochane science fiction. Brytyjską telewizją rządzi jeden doktor i nie jest nim Greg House, a pochodzący z planety Gallifrey... Doktor, po prostu Doktor. Fanom już nic więcej nie muszę mówić, natomiast wszystkim tym, którzy po raz pierwszy słyszą o najdłużej emitowanym (rekordzista Guinnessa!) należą się wyjaśnienia. Doktor Who, czyli nietypowy, jak na dobre SF przystało, serial o bardziej niż niezwykłych przygodach kosmicznego podróżnika przez czas i przestrzeń. W Zjednoczonym Królestwie seria otoczona zrozumiałym kultem i przywiązaniem. Wszak od 1963 r. całe rodziny śledzą losy, uwaga, uwaga, kosmity wyglądającego jak człowiek, którego statkiem
kosmicznym jest... niebieska policyjna budka. Jakkolwiek głupio by to nie brzmiało to naprawdę poważna produkcja, której jednak nie brakuje dystansu do siebie. Uniwersum Doktora to temat na osobny artykuł, a osobom, które jeszcze nie czują się przekonane do obejrzenia chociażby odcinka powiem, że nie ma drugiego serialu w którym zobaczycie wybuch Wezuwiusza, bombardowanie Londynu w czasie II Wojny Światowej czy... wybuch słońca w 5000000000 r. A każdy epizod zabiera nas w najróżniejsze miejsca, często nie mieszczące się w naszej wyobraźni. Z Doktorem nie sposób narzekać na nudę, zwłaszcza że on sam jest niespotykanym indywiduum, granym do tej pory przez kilku aktorów (właśnie skończyła się seria z "dziesiątym Doktorem). Jednakże chcąc zabrać się za oglądanie tych wszystkich rewelacji musimy nabrać odrobiny dystansu do tego, co widzimy na ekranie. Serial ma swoją konwencję, której kurczowo się trzyma. Nie najlepsze efekty specjalne bądź  niektórzy wrogowie głównego bohatera, jak chociażby jeżdżące pieprzniczko-odkurzacze krzyczące "EXTERMINATE", będące postrachem wszystkich galaktyk, mogą wywołać na twarzy uśmieszek politowania. Aczkolwiek zapewniam, że całość jest w pełni "strawna" dla każdego. A swoistą "popitą" będzie kapitalne aktorstwo no i oczywiście sama fabuła charakteryzująca się oryginalnością i zdrowym pokręceniem. To nie LOST, przy produkcji którego zakręcili się sami scenarzyści. Ba! Nawet kobiety odnajdą w nim coś dla siebie i nie mówię tu tylko o postaci Doktora, którą odgrywali niezwykle urodziwi aktorzy. A to tylko niektóre z powodów, dla których przed ekranami telewizorów zbiera się co tydzień wielomilionowa widownia.
   Doktor Who to swoisty fenomen kulturowy i jeden ze znaków rozpoznawczych Wielkiej Brytanii. Teraz, jest on dostępny dla wszystkich - polecam serię z 2005 r., od której warto rozpocząć przygodę z Doktorem. Myślę, że porwie on Was szybciej niż czarna dziura, z którą... no tak, z którą też kiedyś zetknął się ten przesympatyczny jegomość.

   Jak widzisz brytyjskie seriale to coś zupełnie innego niż to, co znasz z rodzimych stacji. Uważam, że warto też rzucić okiem na coś innego niż produkcje z kraju Baracka Obamy, a przedstawione przeze mnie propozycje to wizytówki tego, co obejrzysz kierując swój "filmowy węch" w stronę Wysp. Myślę, że oryginalność to coś, czego brakuje obecnie w telewizji, a u Anglików jest jej aż nadto...

czwartek, 25 lutego 2010

Xgarde...


Pisania nigdy za dużo. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości, a jeśli w dodatku można pisać o tym, co naprawdę kocha się robić... to w każdych ilościach. Dlatego już jakiś czas temu zaangażowałem się w projekt Xgarde, czyli e-zina i portalu poświęconego konsoli Xbox 360.

Gry to moja wielka pasja, o ile nie największa, a możliwość pisania o nich "zawodowo" to dla mnie spełnienie marzeń. Teksty "tłukę" nie tylko tutaj. Zresztą, przekonajcie się o tym sami:

"Business is Business"

"Nie wyrastajmy z baśni!"

"W wirze oczekiwań"

"Reboot & restart"
 
"O narzekaniu i naszych czasach"

Serdecznie zapraszam do lektury (zwłaszcza e-zina!), oglądania i komentowania!

czwartek, 4 lutego 2010

Co on chce powiedzieć?

Jedno nazwisko – Tarantino. Filmowiec przez wielu nazywany najwybitniejszym reżyserem postmodernistycznym, a dla innych będący osobą, która do Hollywood dostała się właściwie przypadkiem. Z całą pewnością można powiedzieć o Quentinie, że jest genialnym samoukiem. Autor takich filmów jak Pulp Fiction, Kill Bill czy wyświetlane do tej pory w kinach Bękarty Wojny nie uczył się swego fachu w szkole filmowej. Robił to… w wypożyczalni kaset wideo, w której pracował jako młody chłopak i swój charakterystyczny zmysł i smak do kinematografii wykształcił w sobie właśnie tam.
Dlaczego dzieła Quentina Tarantino są takie niezwykłe? Przemawia przez nie miłość do kina – z szacunkiem odnosi się on zarówno do wielkich i cenionych dzieł jak i filmów klasy B, a także pasja, z którą realizuje swoje produkcje. To w jaki sposób Tarantino komunikuje się z widzem chcę przedstawić na przykładzie jego przed ostatniego obrazu – Death Proof.
W wolnym tłumaczeniu tytuł ten oznacza „śmiercioodporny”, natomiast sam film opowiada o perypetiach ośmiu kobiet i… jednego szaleńca, nazywającego siebie Kaskaderem Mikem, który jako broni do uśmiercania swych ofiar używa specjalnie zmodyfikowanego samochodu. Fabuła być może nie brzmi zbyt skomplikowanie i faktycznie taka nie jest. Film broni się fenomenalnymi postaciami i dialogami, no i przede wszystkim klimatem, który żywcem przypomina filmy z gatunku exploitation z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.
Klimat – to słowo klucz do zrozumienia i docenienia tej produkcji. W tym miejscu również zaczyna się zabawa Tarantino z widzem. Obraz ten zrealizowany jest przy użyciu technik jakie dostępne dla filmowców w czasach muzyki disco i kolorowych parkietów. Nie jest to film, który zachwyci nas komputerowo generowanymi efektami specjalnymi – tutaj wszystko co widzimy dzieje się naprawdę. To hołd, który reżyser chce oddać mistrzom kina, ale i nam – widowni, która na wielkim ekranie widzi tylko owoce pracy animacji komputerowej. Quentin zrealizował swój film tak jak naprawdę powinno się je kręcić.
Warto również zaznaczyć, że sama tematyka filmu nawiązuje do, pozwolę sobie to nazwać, „odrobinę” tańszych filmów, które zalewały amerykańskie kina około czterdziestu lat temu. Mam na myśli horrory i filmy grozy, które wówczas cieszyły się sporą popularnością w tak zwanych grindhouse’ach, czyli małych kinach, gdzie seanse kosztowały zaledwie kilka dolarów, a tej cenie mogliśmy obejrzeć aż dwa filmy. Do tych czasów starał się nawiązać reżyser dlatego też oglądanie Death Proof jest niezwykłym doświadczeniem. Taśma specjalnie jest zabrudzona, a w połowie filmu widzimy komunikat, że zabrakło kilku rolek i film przeskoczy o kilka minut do przodu – to nie są żarty!
O tym, że Quentin stara się przywołać ducha lat siedemdziesiątych już wiemy. A co z charakterystycznymi nawiązaniami do popkultury i innych jego filmów? Oczywiście ich również nie mogło zabraknąć. Death Proof w całości to jedno wielkie wspomnienie nieodżałowanych klasyków tzw. kina samochodowego. Tytuły takich produkcji jak Vanishing Point, Gone In 60 Seconds czy Bullit pojawiają się w dialogach, ale i subtelnych szczegółach takich jak plakaty czy emblemat na masce samochodu głównego czarnego charakteru. Finał filmu to pościg samochodowy w starym, dobrym stylu. Nic więcej chyba nie muszę mówić.
Reżyser nie zapomniał także o swoich wiernych fanach. Usłyszymy znajome dźwięki m.in. melodię z filmu Kill Bill w formie… dzwonka na komórkę jednej z głównych bohaterek, przywitamy się ze starymi znajomymi – dwójką policjantów, również z obrazu o odzianej na żółto zabójczyni, którzy to, szczerze mówiąc, więcej mówią niż robią. Powraca także kilku innych aktorów z wcześniejszych dzieł Tarantino. Nie mówiąc już o tym, że sam Quentin gra tu małą rolę. Ale to jeszcze nie wszystko, gdyż przykłady tego typu można mnożyć – cytaty z filmów i książek, padające z ust bohaterów czy sam Kurt Russell, legenda kina akcji lat osiemdziesiątych, który lekko już zapomniany przez „fabrykę snów” powraca w blasku chwały w świetnej roli mordercy jakiego kino jeszcze nie widziało. A przykłady tego typu można tu mnożyć…
Podsumowując – jaki jest przekaz tego filmu? Moim zdaniem, jako widza i wiernego fana twórczości Quentina Tarantino, to przede wszystkim hołd dla starej szkoły filmu i pewnych klasyków, które na zawsze pozostaną w naszej pamięci. To także mrugnięcie okiem w stronę miłośników wcześniejszych filmów tego nietuzinkowego reżysera. I ostatnie, ale chyba najważniejsze – film ma być rozrywką i każde dzieło Quentina dostarcza nam właśnie tego.

wtorek, 2 lutego 2010

Ritchie, what have you done?!

Widzowie kochają powroty starych bohaterów. A jeszcze bardziej kochają je oficjele z Hollywood, którzy na naszym sentymencie zarabiają miliony dolarów. Przykładem jest Królestwo Kryształowej Czaszki. Nie oszukujmy się, chcieliśmy zobaczyć czwartego Indianę Jonesa, gdyż kochamy tę serię i kolejna część kręcona przez tę samą ekipę nie mogła nie wypalić. Jak było naprawdę - wszyscy wiemy, ale to temat na kiedy indziej. Natomiast w tym miejscu chciałbym zająć się postacią, która nie wyrosła z popkultury jak opisywany przed chwilą awanturnik o twarzy Harrisona Forda, jednakże z powodzeniem dorównuje mu popularnością. Mowa tu o Sherlocku Holmesie, którego powrót na wielki ekran wyszedł nadspodziewanie dobrze.
Dwa słowa najlepiej scharakteryzują najnowszy film brytyjskiego reżysera Guya Ritchiego: inaczej i... rewelacyjnie. Użyłem słowa "inaczej", gdyż to co zobaczycie w kinie właściwie zupełnie nie przypomina dotychczasowego, filmowego (podkreślmy to!) image'u bohatera wykreowanego przez Artura Conan Doyle'a. Inny w tym wypadku nie oznacza zły, bądź gorszy. Sherlock Holmes, grany przez fenomenalnego Roberta Downey Jr., jest oczywiście poważanym detektywem, jednakże przy okazji nie stroni od alkoholu, uwodzicielskich kobiet, brania udziału w walkach bokserskich i... większych bądź mniejszych dziwactw. I może być to dla Ciebie szok, ale ten obraz mistrza dedukcji jest znacznie bliższy książkowemu pierwowzorowi niż we wcześniej ekranizacjach jego przygód. Osobiście Sherlock-dziwak znacznie bardziej przypadł mi do gustu niż dystyngowany starszy pan w śmiesznej czapeczce nie wypuszczający fajki z rąk.
Scenarzyści również zdecydowali się zagrać ryzykownie serwując nam fabułę, która kręci się wokół okultyzmu i co najmniej kłopotliwych związków pana Holmesa z pewną niebezpieczną kobietą. Przedstawiona historia trzyma  mocno w napięciu i obfituje w świetne zwroty akcji. Nawet okultyzm okazuje się być... zresztą, zobaczycie w kinie, gdyż naprawdę warto. Oczywiście zobaczycie całą serię arcytrudnych zagadek, z rozwiązaniem których będzie musiał rozprawić się genialny detektyw. Nie brakuje momentów kojarzących się ze współczesnymi filmami akcji i scen potrafiących doprowadzić do łez. Pojawią się nawet ujęcia w zwolnionym tempie przywodzące na myśl 300 Zacka Snydera! Wszelkie zaniepokojone osoby uspokajam, że pasują one do ogólnie przyjętej konwencji  i o żadnej z nich nie można powiedzieć, że zostały one wprowadzone na siłę. A wzmiankę o ich perfekcyjnym wykonaniu traktuję jako standard.
Złego słowa nie mogę także powiedzieć o obsadzie. Aktorzy stworzyli naprawdę przekonujące kreacje. Sherlock Holmes w tej kategorii może spokojnie powalczyć o festiwalowe (i nie tylko!) nagrody. Do roli głównego bohatera nie pasują żadne inne określenia jak: rewelacyjny, wspaniały, zaskakujący. Nie gorszy jest Jude Law wcielający się w rolę dr Watsona, będącego przeciwieństwem dla jego dość niekonwencjonalnych metod pracy. Mark Strong, czyli czarny charakter w postaci Lorda Blackwooda jest odrobinę... za mało czarny, aczkolwiek dalej jest to najwyższa aktorska półka.
Samo umiejscowienie serii śledztw, które prowadzi kultowy duet Holmes & Watson to również klasa sama w sobie. Dziewiętnastowieczny Londyn wygląda bardzo przekonująco. A wraz z bohaterami odwiedzimy zarówno miejsca powszechnie znane z przewodników jak siedziba ichniejszego Parlamentu jak i te, które będąc w stolicy Wielkiej Brytanii wolelibyśmy ominąć. Brudne ulice, obskurne meliny, podejrzane laboratoria i cmentarze. Scenografowie wykonali kawał dobrej roboty przenosząc na filmowe kadry ponad stuletnią metropolię, w której autentyzm można uwierzyć.
O stronie technicznej zdążyłem już trochę napomknąć wcześniej, ale bez wątpienia efektom specjalnym należy się osobny akapit, gdyż przysłużyły się do stworzenia sugestywnej wizji końca końca dziewiętnastego stulecia. Wszelkie eksplozje, a dziwo ich tu nie brakuje, nie trącą sztucznością. Animacje komputerowe, w tym sławny most nad rzeką Tamizą... będący jeszcze w trakcie budowy pomagają wczuć się w klimat epoki. Na szczęście nie są to filary, na których opiera się ten obraz. Od przerostu formy nad treścią Sherlock Holmes stoi na szczęście bardzo, bardzo daleko.
Nie mogę zapomnieć o muzyce, za którą odpowiedzialny jest Hans Zimmer. Samo nazwisko jest gwarancją, że do naszych uszu napłyną niezwykłe kompozycje, a ciarki same zaczną tańczyć po plecach. Nie inaczej jest tym razem. Ścieżka dźwiękowa, nie gra tu aż tak dużej roli jak w Mrocznym Rycerzu, gdzie była integralną częścią potrzebną do właściwego odbioru filmu, ale czuć jej obecność. Momentami nawet bardzo.
Idąc do kina spodziewałem się niezłego filmu, z dobrą obsadą, który niczym szczególnym mnie nie oczaruje. Dostałem znacznie więcej. A to chyba najlepsza rekomendacja, by na własne oczy zobaczyć i usłyszeć jak Sherlock wypowiada słynne: "Watson, what have you done?!".

Trailer filmu "Sherlock Holmes"

piątek, 29 stycznia 2010

Coś na początek...

Mimo, że blogowanie samo w sobie jest zjawiskiem nowym, to już możemy zauważyć, że odchodzi się od "klasycznej" formy tego zajęcia jaką jest pisanie i komentowanie rzeczywistości. Mam przez to na myśli wszelkie przedrostki "foto" czy "video", które chyba aż za mocno zbratały się ze słowem "blog". Stąd też pomysł na to by zająć się najzwyklejszym na świecie pisaniem. O tym czym się interesuję, o tym co mnie w jakiś sposób dotyczy. Jednakże bez problemów osobistych i internetowych tragedii. Mam nadzieję, że będzie mądrze. Czego Wam i sobie życzę. A jeśli dodatkowo moje wszelkie nowiny okraszę dawką humoru na poziomie to nikt nie powinien czuć się poszkodowany... Miłego czytania!