Widzowie kochają powroty starych bohaterów. A jeszcze bardziej kochają je oficjele z Hollywood, którzy na naszym sentymencie zarabiają miliony dolarów. Przykładem jest Królestwo Kryształowej Czaszki. Nie oszukujmy się, chcieliśmy zobaczyć czwartego Indianę Jonesa, gdyż kochamy tę serię i kolejna część kręcona przez tę samą ekipę nie mogła nie wypalić. Jak było naprawdę - wszyscy wiemy, ale to temat na kiedy indziej. Natomiast w tym miejscu chciałbym zająć się postacią, która nie wyrosła z popkultury jak opisywany przed chwilą awanturnik o twarzy Harrisona Forda, jednakże z powodzeniem dorównuje mu popularnością. Mowa tu o Sherlocku Holmesie, którego powrót na wielki ekran wyszedł nadspodziewanie dobrze.Dwa słowa najlepiej scharakteryzują najnowszy film brytyjskiego reżysera Guya Ritchiego: inaczej i... rewelacyjnie. Użyłem słowa "inaczej", gdyż to co zobaczycie w kinie właściwie zupełnie nie przypomina dotychczasowego, filmowego (podkreślmy to!) image'u bohatera wykreowanego przez Artura Conan Doyle'a. Inny w tym wypadku nie oznacza zły, bądź gorszy. Sherlock Holmes, grany przez fenomenalnego Roberta Downey Jr., jest oczywiście poważanym detektywem, jednakże przy okazji nie stroni od alkoholu, uwodzicielskich kobiet, brania udziału w walkach bokserskich i... większych bądź mniejszych dziwactw. I może być to dla Ciebie szok, ale ten obraz mistrza dedukcji jest znacznie bliższy książkowemu pierwowzorowi niż we wcześniej ekranizacjach jego przygód. Osobiście Sherlock-dziwak znacznie bardziej przypadł mi do gustu niż dystyngowany starszy pan w śmiesznej czapeczce nie wypuszczający fajki z rąk.
Scenarzyści również zdecydowali się zagrać ryzykownie serwując nam fabułę, która kręci się wokół okultyzmu i co najmniej kłopotliwych związków pana Holmesa z pewną niebezpieczną kobietą. Przedstawiona historia trzyma mocno w napięciu i obfituje w świetne zwroty akcji. Nawet okultyzm okazuje się być... zresztą, zobaczycie w kinie, gdyż naprawdę warto. Oczywiście zobaczycie całą serię arcytrudnych zagadek, z rozwiązaniem których będzie musiał rozprawić się genialny detektyw. Nie brakuje momentów kojarzących się ze współczesnymi filmami akcji i scen potrafiących doprowadzić do łez. Pojawią się nawet ujęcia w zwolnionym tempie przywodzące na myśl 300 Zacka Snydera! Wszelkie zaniepokojone osoby uspokajam, że pasują one do ogólnie przyjętej konwencji i o żadnej z nich nie można powiedzieć, że zostały one wprowadzone na siłę. A wzmiankę o ich perfekcyjnym wykonaniu traktuję jako standard. Złego słowa nie mogę także powiedzieć o obsadzie. Aktorzy stworzyli naprawdę przekonujące kreacje. Sherlock Holmes w tej kategorii może spokojnie powalczyć o festiwalowe (i nie tylko!) nagrody. Do roli głównego bohatera nie pasują żadne inne określenia jak: rewelacyjny, wspaniały, zaskakujący. Nie gorszy jest Jude Law wcielający się w rolę dr Watsona, będącego przeciwieństwem dla jego dość niekonwencjonalnych metod pracy. Mark Strong, czyli czarny charakter w postaci Lorda Blackwooda jest odrobinę... za mało czarny, aczkolwiek dalej jest to najwyższa aktorska półka.
Samo umiejscowienie serii śledztw, które prowadzi kultowy duet Holmes & Watson to również klasa sama w sobie. Dziewiętnastowieczny Londyn wygląda bardzo przekonująco. A wraz z bohaterami odwiedzimy zarówno miejsca powszechnie znane z przewodników jak siedziba ichniejszego Parlamentu jak i te, które będąc w stolicy Wielkiej Brytanii wolelibyśmy ominąć. Brudne ulice, obskurne meliny, podejrzane laboratoria i cmentarze. Scenografowie wykonali kawał dobrej roboty przenosząc na filmowe kadry ponad stuletnią metropolię, w której autentyzm można uwierzyć.
O stronie technicznej zdążyłem już trochę napomknąć wcześniej, ale bez wątpienia efektom specjalnym należy się osobny akapit, gdyż przysłużyły się do stworzenia sugestywnej wizji końca końca dziewiętnastego stulecia. Wszelkie eksplozje, a dziwo ich tu nie brakuje, nie trącą sztucznością. Animacje komputerowe, w tym sławny most nad rzeką Tamizą... będący jeszcze w trakcie budowy pomagają wczuć się w klimat epoki. Na szczęście nie są to filary, na których opiera się ten obraz. Od przerostu formy nad treścią Sherlock Holmes stoi na szczęście bardzo, bardzo daleko.
Nie mogę zapomnieć o muzyce, za którą odpowiedzialny jest Hans Zimmer. Samo nazwisko jest gwarancją, że do naszych uszu napłyną niezwykłe kompozycje, a ciarki same zaczną tańczyć po plecach. Nie inaczej jest tym razem. Ścieżka dźwiękowa, nie gra tu aż tak dużej roli jak w Mrocznym Rycerzu, gdzie była integralną częścią potrzebną do właściwego odbioru filmu, ale czuć jej obecność. Momentami nawet bardzo.Idąc do kina spodziewałem się niezłego filmu, z dobrą obsadą, który niczym szczególnym mnie nie oczaruje. Dostałem znacznie więcej. A to chyba najlepsza rekomendacja, by na własne oczy zobaczyć i usłyszeć jak Sherlock wypowiada słynne: "Watson, what have you done?!".
Trailer filmu "Sherlock Holmes"

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz