sobota, 20 marca 2010

O tym jak punkowcy demokrację do Polski przywiedli...

   Tym razem będzie nietypowo. Po pierwsze pod imadło biorę dość nietypowy dokument, który właśnie możecie zobaczyć na ekranach naszych kin: Beats of Freedom: Zew Wolności. Po drugie, i nie mniej ważne, tę recenzję dedykuję Kasi Krzyworzece z okazji jej urodzin. Jeszcze raz wszystkiego najlepszego! Niestety, koniec prywaty - czas zabrać się za "mięsko", czyli ostatnią produkcję studia ITI i telewizji TVN.
   Tytuł, w którym pojawia się słowo "beats" zwiastuje, że będzie on bardziej lub mniej związany z muzyką. Nie inaczej jest w tym wypadku, gdyż dzieło panów Leszka Gnoińskiego i Wojciecha Słoty podejmuje temat złotej ery sceny muzycznej w Polsce i jej wpływu na ówczesne wydarzenia jakimi były strajki, protesty i "le grande finale", czyli rozmowy przy okrągłym stole i przemiany ustrojowe.
   Czy autorzy filmu, wspomagani przez światowej sławy dziennikarza muzycznego Chrisa Salewicza, podołali jakże trudnemu zadaniu ukazania widzom, co tak naprawdę znaczyły słowa "Chcemy być sobą" te kilkadziesiąt już lat temu?
   I... tak i nie. Z jednej strony otrzymujemy konkretny, porządnie przygotowany dokument wzbogacony o wywiady z prawdziwymi gwiazdami z tamtych lat i setki materiałów archiwalnych, ale z drugiej jest tu aż za dużo polityki i tła historycznego. Osobiście uważam, że w tym aspekcie nie zachowano odpowiednich proporcji. Pozwolę sobie przytoczyć refren piosenki grupy Freezepop: "Less talk, more rock". I tak właśnie powinien wyglądać Zew Wolności. Nie mogę jednak zarzucić, że film jest przegadany bądź nudny - w żadnym wypadku! Po prostu dla kilkudziesięcioletniego polskiego widza, dla którego notabene jest skierowana ta produkcja nie będzie nowym, świeżym spojrzeniem na sprawy znane mu lepiej niż dobrze, a stwierdzenia pana Salewicza w większości będą równie odkrywcze jak to, że latem jest cieplej niż zimą. Dla młodzieży film ten, będzie czymś innym niż zwykłym, nudnym dokumentem, zwłaszcza jeśli obejrzą go z rodzicami u boku i posłuchają komentarzy przedstawicieli tego pokolenia, co samo w sobie będzie ciekawym doświadczeniem Natomiast dla obcokrajowców Beats of Freedom mogą być nie lada gratką i okazją do zapoznania się z naszymi rodzimymi artystami, który ze swoją muzyką nie zdołali przebić się przez żelazną kurtynę.
  A skoro jestem już przy muzykach to warto powiedzieć o nich więcej niż kilka słów, gdyż to tak naprawdę oni i ich występy są tutaj najsmaczniejszym kąskiem. Połączenie niedawno przeprowadzonych wywiadów wraz z fragmentami koncertów (często jakości VHS) zdaje egzamin. Niezmiernie cieszy fakt, że artyści ich udzielający, a w tym zaszczytnym gronie znajdziemy m.in. Korę Jackowską, Zbigniewa Hołdysa, Muńka Staszczyka i Kazika, mówią ostro i dosadnie o tym jak dawniej wyglądała kwestia swobody twórczej, koncertowania i zdobywania środków na nagrania. Wypowiedzi gwiazd to zdecydowanie jedna z najmocniejszych stron tego dokumentu. Tylko tutaj mamy okazję usłyszeć skąd wokalistka Maanam tak naprawdę czerpała inwencję twórczą do pisania tekstów i dowiedzieć się czy bycie znanym było pomocne w codziennych sytuacjach, takich jak stanie w kolejce po mięso.
   Zew Wolności na nasze szczęście nie tylko samymi wywiadami stoi. Solidne przygotowanie autorów widać w każdej minucie filmu. Materiał źródłowy, którym są zarówno nagrania z występów jak i... materiały służb bezpieczeństwa dotyczące "Metalowców" i "Punkowców" to coś, czym nie można pogardzić. Kolejne, mocne punkty programu.
   Przed chwilą narzekałem, że w dokumencie o muzyce jest za mało muzyki. Nie zamierzam zmieniać zdania, ale nie odmówię gromkich braw za to, co usłyszymy w trakcie trwania seansu. Fani rocka będą wniebowzięci, a reszta... także. Przecież szlagierów z tamtych lat nie da się nie lubić! Nie będę wymieniał tu wszystkich kawałków, ale to, że z głośników na sali kinowej popłyną utwory Perfectu, Kultu, TSA, Brygady Kryzys, Dezertera, wspomnianego już Maanamu i jeszcze kilku innych niezapomnianych formacji nie jest żadną tajemnicą. Aż chce się więcej i chyba to jest głównym powodem mojego niedosytu.
   Zbliżając się już powoli do końca nie pozostaje mi nic innego niż dać jednoznaczną odpowiedź czy warto kilkanaście złotych poświęcić właśnie na zakup biletu do kina na Beats of Freedom. Moim skromnym zdaniem, jak najbardziej tak.Nie zawiedziecie się. I pamiętajcie, że to także hołd dla tych, którzy łamali bariery i sprawiali, że szara egzystencja za czasów "komuny" zyskiwała kolorów.

3 komentarze:

Unknown pisze...

dziękuje bardzo i czuję się zaszczycona:) tym bardziej , ze bardzo chcę iść na "beats" i teraz wiem, że muszę:) bo Kazika i Kult pod niebiosa wysławiam:)dziękuję jeszcze raz:)

Unknown pisze...

Podzielam Twoje zdanie prawie całkowicie:) Powiedziałeś, że za dużo tam tła historycznego...owszem, spodziewałam się większego natężenia MUZYKI i pierwsze wrażenie było takie, że tej muzyki za mało było w tym filmie notabene o muzyce:P Ale po głębszym zastanowieniu stwierdziłam, że młody widz dla którego lata 70/80 są znane jedynie z podręczników, może się nieco w tym wszystkim pogubić bez odpowiedniego "przygotowania". Ale chciałam zauważyć że (może tylko ja to tak odebrałam) zakończenie filmu było lekko niemrawe. Odebrałam to trochę tak, jakby po 89' nastąpił koniec rocka. nie było odniesienia do lat 90tych gdzie przecież cały czas się działo. nie było odniesienia do zespołów które tworzyły WTEDY i "żyją" nadal. Zabrakło mi właśnie na końcu Kazika śpiewającego ostatnią piosenkę..."To były takie super, super chwile
Nie złodzieje rządzili lecz debile"
pozdrawiam!;)

Unknown pisze...

Bardzo trafna recenzja, w istocie Beats to dokument, który może okazać się o niebo ciekawszy dla anglika czy francuza niż dla nas ale nie w tym rzecz. Ja z każdą minutą seansu dziękowałam w duchu pokoleniu "no future" że tak beztrosko mogę siedzieć w kinie i żyję w wolnym kraju zbudowanym na mocnym punk rockowym fundamencie :) Doceniam walory pozadokumentalne i film traktuję raczej jako hołd i gratkę dla uszu. Pozdrawiam