piątek, 5 marca 2010

Brytyjski fenomen

    W ciągu kilku ostatnich lat pojawiło się kilka nowych zajęć, które po prostu musi wykonywać każdy z Nas, gdyż zostanie to uznane za coś co jest passe i bynajmniej nie jezzy. Mam tu na myśli szeroko rozumiany clubbing i bywanie w modnych miejscach, co powiedzmy sobie wcześniej nie było praktykowane na tak dużą skalę jak dziś, blogowanie i pilnowanie swojego wirtualnego poletka kontaktów społecznych, czyli posiadanie konta, na którymś z portali społecznościowych oraz... oglądanie seriali.
   Jak już zapewne się domyślasz zamierzam skupić się na tym ostatnim zjawisku. Spośród wyżej wymienionych jest mi ono najbliższe, a nie ukrywam, że chcę podejść do tego zagadnienia od trochę innej strony. O Doktorze Housie, Zagubionych czy Californication napisano już stanowczo za dużo. A czy słyszałaś/słyszałeś kiedyś o Life on Mars i Doctorze Who ? No właśnie. To nic innego jak "wyspiarskie" serialowe perełki, których polski niestety nie miał okazji poznać.
   O tym, że Brytyjczycy mają specyficzne poczucie humoru i estetyki wiedzą już co mądrzejsze przedszkolaki, jednakże nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że zupełnie nie przeszkadza to w odbiorze angielskich filmów i produkcji telewizyjnych. Rewelacyjnych produkcji telewizyjnych, dodajmy.

"Is there life on mars?"

   Zapewne wielu naukowców codziennie zadaje sobie to pytanie, aczkolwiek serial pod tytułem Life on Mars na całe szczęście traktuje o czymś innym niż perypetiach jajogłowych. I bynajmniej nie ma on nic wspólnego z eksploracją kosmosu i science fiction. Życie na Marsie to niezwykła historia Sama Tylera (John Simm), policjanta z Manchesteru, który w wyniku wypadku samochodowego jakimś cudem cofnął się o blisko czterdzieści lat wstecz do roku 1973. Czy oszalał? Zapadł w śpiączkę? A może przeniósł się w czasie? Odpowiedzi na te pytania będziecie szukać wraz z Samem, który w nowej/starej rzeczywistości czuje się dosłownie jak na innej planecie. Czarno biała telewizja, brak komórek i internetu, a przede wszystkim kilkanaście kryminalnych zagadek do rozwiązania i samotność, z którą musi zmierzyć się Inspektor Tyler. Life on Mars to doskonałe połączenie dramatu i kryminału, a umiejscowienie akcji w latach siedemdziesiątych to kolejny mocny atut tego serialu. Zobaczyć jak naprawdę działała brytyjska policja w epoce disco? Bezcenne i naprawdę szokujące. To nie CSI: Miami i wykrywanie zbrodni w skali mikro. Pięść, przekleństwo i zastraszenie są metodami ekipy Gene'a Hunta, szefa tamtejszej policji. Pod względem fabuły i klimatu, który okazuję się być naprawdę ciężki, to zdecydowanie pierwsza liga. Nie wspominając o palecie niezwykle barwnych i zapadających w pamięć postaci, między innymi wspomnianego już pana Hunta (świetny Philip Glenister!). Iluzja minionych lat, którą zaserwowali nam scenarzyści do spółki ze scenografami to kolejny powód, dla którego warto sięgnąć po Life on Mars. Na ekranie faktycznie ożywają lata siedemdziesiąte: bohaterowie słuchają Davida Bowiego i królów glam rocka, czyli kapeli Sweet, ulice nie są jeszcze przepełnione neonami i wszechobecnymi reklamami, a nikomu nie przychodzi na myśl, że Margaret Thatcher dojdzie do władzy. Zdecydowanie polecam, zwłaszcza tym którzy nie przepadają za tasiemcami ciągnącymi się w nieskończoność. Spokojnie, historia Sama to szesnaście godzinnych odcinków, a po ich obejrzeniu błagamy o więcej. A to chyba najlepsza rekomendacja.
   Grzechem byłoby nie wspomnieć o spin-offie tej produkcji jaką jest serial Ashes to Ashes. Całość opiera się na podobnym schemacie, jednak tym razem za sprawą strzału... w głowę przeniesiemy się do lat osiemdziesiątych, w których przetrwać spróbuje komisarz Alex Drake. Śmiem twierdzić, że Powstać z popiołów (wedle polskich tłumaczy) jest jeszcze lepsze niż pierwowzór, a słowa "gorąco polecam" to zdecydowanie za mało.

    "A teraz coś z zupełnie innej beczki..."

 ...jak to zwykli mawiać nieśmiertelni Pythoni, czyli moje ukochane science fiction. Brytyjską telewizją rządzi jeden doktor i nie jest nim Greg House, a pochodzący z planety Gallifrey... Doktor, po prostu Doktor. Fanom już nic więcej nie muszę mówić, natomiast wszystkim tym, którzy po raz pierwszy słyszą o najdłużej emitowanym (rekordzista Guinnessa!) należą się wyjaśnienia. Doktor Who, czyli nietypowy, jak na dobre SF przystało, serial o bardziej niż niezwykłych przygodach kosmicznego podróżnika przez czas i przestrzeń. W Zjednoczonym Królestwie seria otoczona zrozumiałym kultem i przywiązaniem. Wszak od 1963 r. całe rodziny śledzą losy, uwaga, uwaga, kosmity wyglądającego jak człowiek, którego statkiem
kosmicznym jest... niebieska policyjna budka. Jakkolwiek głupio by to nie brzmiało to naprawdę poważna produkcja, której jednak nie brakuje dystansu do siebie. Uniwersum Doktora to temat na osobny artykuł, a osobom, które jeszcze nie czują się przekonane do obejrzenia chociażby odcinka powiem, że nie ma drugiego serialu w którym zobaczycie wybuch Wezuwiusza, bombardowanie Londynu w czasie II Wojny Światowej czy... wybuch słońca w 5000000000 r. A każdy epizod zabiera nas w najróżniejsze miejsca, często nie mieszczące się w naszej wyobraźni. Z Doktorem nie sposób narzekać na nudę, zwłaszcza że on sam jest niespotykanym indywiduum, granym do tej pory przez kilku aktorów (właśnie skończyła się seria z "dziesiątym Doktorem). Jednakże chcąc zabrać się za oglądanie tych wszystkich rewelacji musimy nabrać odrobiny dystansu do tego, co widzimy na ekranie. Serial ma swoją konwencję, której kurczowo się trzyma. Nie najlepsze efekty specjalne bądź  niektórzy wrogowie głównego bohatera, jak chociażby jeżdżące pieprzniczko-odkurzacze krzyczące "EXTERMINATE", będące postrachem wszystkich galaktyk, mogą wywołać na twarzy uśmieszek politowania. Aczkolwiek zapewniam, że całość jest w pełni "strawna" dla każdego. A swoistą "popitą" będzie kapitalne aktorstwo no i oczywiście sama fabuła charakteryzująca się oryginalnością i zdrowym pokręceniem. To nie LOST, przy produkcji którego zakręcili się sami scenarzyści. Ba! Nawet kobiety odnajdą w nim coś dla siebie i nie mówię tu tylko o postaci Doktora, którą odgrywali niezwykle urodziwi aktorzy. A to tylko niektóre z powodów, dla których przed ekranami telewizorów zbiera się co tydzień wielomilionowa widownia.
   Doktor Who to swoisty fenomen kulturowy i jeden ze znaków rozpoznawczych Wielkiej Brytanii. Teraz, jest on dostępny dla wszystkich - polecam serię z 2005 r., od której warto rozpocząć przygodę z Doktorem. Myślę, że porwie on Was szybciej niż czarna dziura, z którą... no tak, z którą też kiedyś zetknął się ten przesympatyczny jegomość.

   Jak widzisz brytyjskie seriale to coś zupełnie innego niż to, co znasz z rodzimych stacji. Uważam, że warto też rzucić okiem na coś innego niż produkcje z kraju Baracka Obamy, a przedstawione przeze mnie propozycje to wizytówki tego, co obejrzysz kierując swój "filmowy węch" w stronę Wysp. Myślę, że oryginalność to coś, czego brakuje obecnie w telewizji, a u Anglików jest jej aż nadto...

1 komentarz:

Adam Wieczorek pisze...

Nic dodać, nic ująć. Warto jeszcze obejrzeć spin-off obecnyhc przygód Doctora czyli Torchwood, a także wersję dla dzieci czyli Sarah Jane Adventures.